Polacy jako pierwsi na mecie pierwszego w historii wirtualnego Le Mans

Choć pandemia pokrzyżowała plany wszelkich imprez sportowych to historyczne Le Mans 24h przeniosło się do sieci, aby tam podjąć rywalizację

Szalejąca pandemia dużo namieszała w obecnej sytuacji na świecie. Dotknęło to również niemal każdej serii wyścigowej na świecie. Kiedy tory świecą pustkami, organizowane zostały substytuty w postaci wirtualnej rywalizacji. Tropem tym poszli również organizatorzy najbardziej prestiżowego wyścigu wytrzymałościowego na świecie, rozgrywającego się na ulicach Le Mans. Ostatecznie dostaliśmy największe wydarzenie sim-racingowe w roku, jak nie w historii, którego finisz na długo zapadnie w pamięci polskim fanom motorsportu.

50 samochodów i 200 kierowców – taka liczba zgłosiła się na udział 24 godzinnego wyścigu na Circuit de la Sarthe, który odbył się na platformie gry rFactor 2. Wśród z nich znaleźli się nie tylko sim-racerzy, ale również światowej klasy kierowcy. Weterani tacy jak Fernando Alonso, Jenson Button, Rubens Barrichello, Juan Pablo Montoya, świeża krew Formuły 1, do której należą Max Verstappen, Lando Norris, Pierre Gasly czy Charles Leclerc, cała masa sim-racerów, a w tym Youtuberów pokroju Jimmiego Broadbenda czy innych kierowców z przeróżnych realnych serii. Wszyscy stanęli ramię w ramię do rywalizacji w całodobowej gonitwie po torze w Le Mans.

W porównaniu do normalnego Le Mans, zamiast 4 klas pojazdów oglądaliśmy rywalizację jedynie 2: LMP2 oraz GTE. Dzięki temu wyścig był bardziej przejrzysty, a sama rywalizacja bliższa.

30 z pośród wszystkich samochodów stanowiły pojazdy klasy LMP2. Każdy zespół miał do dyspozycji jedynie model Oreca 07 LMP2, w związku z czym jedyne, czym różniły się pojazdy to malowaniami i numerami, a nam kibicom ujednolicona stawka zapewniła wyrównaną walkę aż do samej mety.

Bardziej różnorodnie wyglądało to natomiast w klasie GTE. Tutaj do startu ruszyły wszystkie pojazdy z tegorocznego sezonu WEC. Do dyspozycji zespołów oddano zatem Porsche 911 RSR, Ferrari 488 GTE, Corvette C7.R oraz Aston Martin Vantage GTE.

Oczywiście niemożliwym jest skrócenie tego całego wydarzenia, nie tylko przez jego długość, ale również ilość akcji w którą obfitował. Jednakże nie w sposób wspomnieć o kilku najważniejszych czy najciekawszych wydarzeniach, które wydarzyły się w czasie tych 24 godzin.

Nawet start nie obył się bez kontrowersji. Startujący z pole position kierowca zespołu ByKolles Burst Esport, Tom Dillmann doprowadził do falstartu, zbyt wcześnie zwiększając tempo, co sprawiło, że dyrekcja wyścigu zesłała go na przymusową karę stop and go. Ten falstart, jak się później okazało, kosztował austriacką ekipę naprawdę sporo.

Do pierwszego karambolu jeszcze w pierwszych 30 minutach wyścigu doprowadził nie kto inny, jak sam Fernando Alonso. Dwukrotny mistrz Formuły 1 oraz dwukrotny zwycięzca Le Mans przy sekcji  Tertre Rouge wjechał na linię wyścigową, na której było już Porsche z numerem 94, co doprowadziło do wypadnięcia obu pojazdów z toru, a na zespół Hiszpana nałożona została kara.

Zespół Alonso i Barrichello borykał się z problemami technicznymi gry w pierwszych godzinach wyścigu, co doprowadziło do ich odpadnięcia. Jednakże dzięki uprzejmości dyrekcji wyścigu już przy pierwszej czerwonej fladze spowodowanej pracami przy serwerze gry, zespół byłych kierowców Formuły 1 został przywrócony do rywalizacji. Otrzymali również sporą liczbę okrążeń, co mimo uplasowania ich na ostatniej pozycji, dało szansę na rywalizacji z innymi zespołami. Ostatecznie samochód z numerem 14 przekroczył linię mety na 17 pozycji.

Nie w sposób nie wspomnieć o komicznej sytuacji, która przytrafiła się Simonowi Pagenaud z Team Penske. Kierownica na której jechał odmówiła mu posłuszeństwa, jednakże to nie przeszkodziło Francuzowi w kontynuowaniu rywalizacji. Odsunął on stanowisko z niedziałającą kierownicą i zaczął podłączać zapasowy symulator z drugim fotelem. Po kilku chwilach wrócił do jazdy.

Szczęścia nie mieli również jedni z pretendentów do wygranej, czyli Team Redline, w którego skład wchodzili między innymi Lando Norris i Max Verstappen. W 11 godzinie rywalizacji wycofali się oni po licznych problemach technicznych poprzedzonych wypadkiem zarówno na torze, jak i w boksie. Ostatecznie ekipa z numerem 20 powróciła do rywalizacji przy okazji drugiej czerwonej flagi, a wyścig ukończyli na 25 pozycji.

Ostatecznie do samego końca o zwycięstwo w klasie prototypów walczyły aż 3 zespoły, czyli dwie ekipy Rebellion Williams Esport, kolejno z numerami 1 oraz 13, oraz startujący z pole position zespół ByKolles Burst Esport. 

Le Mans

Mimo iż ekipa z numerem jeden, za kierownicą której siedziało aż dwóch Polaków, prowadziła znaczną część wyścigów, tak wygrana stała dosłownie na włosku. Wszystko to przez długość ostatniego stintu Nikodema Wiśniewskiego, podczas którego groziło ryzyko niedojechania ze względu na ilość paliwa. Kolejna wizyta w alei serwisowej nie wchodziła w rachubę, ponieważ wyrobiona przewaga nie wystarczała na wyjechanie z alei na prowadzeniu.

Pomimo ogromnego ryzyka, presji oraz wielu obaw Nikodem nie tylko utrzymał świetne tempo, ale również dzięki ogromnemu wyczuciu przekroczył ostatecznie linię mety na oparach, wygrywając przy tym pierwsze w historii wirtualne Le Mans.

Zwycięska ekipa Rebellion Williams Esport w skład której wchodzili Louis Delétraz, Raffaele Marciello, Nikodem Wiśniewski oraz Kuba Brzeziński pokonali w sumie 371 okrążeń, kończąc z przewagą ponad 17 sekund przed ekipą ByKolles Burst Esport. Austriacy na pewno zapamiętają tę, co by tu nie mówić, porażkę, na długo, ponieważ głupi falstart Dillmanna kosztował ich około 50 sekund, a co za tym idzie, prawdopodobnie i zwycięstwo. Ale taka już jest natura tego wyścigu, gdzie każdy najdrobniejszy błąd decyduje nie tylko o wygranej, ale i ukończeniu.

Le Mans

Wiśniewski oraz Brzeziński z Rebelliona z numerem 1 nie byli jednakże jedynymi Polakami w stawce. Na trzynastym miejscu uplasowała się bowiem ekipa Veloce Esports 2, w skład której poza takimi osobami jak Norman Nato, Eamonn Murphy czy znany z Formuły 1 oraz obecnie z Formuły E Stoffel Vandoorne wchodził najmłodszy kierowca w stawce wirtualnego Le Mans, czyli czternastoletni Tomasz Poradzisz.

Za kierownicą samochodu ekipy Rebellion Williams z numerem 2 obok Bruno Senny, Gustavo Menezes oraz Petara Brljaka zasiadał natomiast Dawid Mroczek. Niestety przez udział w poważnym karambolu przy ostatnim zakręcie ukończyli oni dopiero na 18 miejscu, tuż za ekipą Fernando Alonso oraz Rubensa Barichello.

W klasie GTE nie mieliśmy tak licznej reprezentacji, ponieważ w porównaniu do czterech kierowców spod flagi biało-czerwonej za kierownicami prototypów, w samochodzie turystycznym znalazł się tylko jeden kierowca z Polski. Zbigniew Siara w zespole Team Project 1 ukończył na 9 miejscu w klasie, a na 37 miejscu w klasyfikacji ogólnej.

Zwycięzcami klasy GTE była natomiast ekipa Porsche z numerem 93, w skład której wchodzili Nick Tandy, Ayhancan Güven, Joshua Rogers oraz Tommy Østgaard. Ukończyli oni na 29 miejscu w klasyfikacji ogólnej, z liczbą 339 przejechanych okrążeni.

Le Mans

Bez wątpienia wirtualne Le Mans było najlepszym wydarzeniem esportowym w obrębie wyścigów samochodowych. Liczba gwiazd motorsportu była przeogromna, a skala całego wydarzenia robiła wrażenie. Nie obyło się oczywiście bez problemów technicznych, które spowodowały kilkukrotne zawieszenie rywalizacji, ale patrząc na pełen obraz wydarzenia, rywalizację oraz ilość emocji, jakie niosło to za sobą myślę, że można takie małe wpadki wybaczyć.

Dla każdego bez wątpienia to doświadczenie było czymś nie tylko nowym, ale i wyjątkowym. Czas pandemii to prawdopodobniej najlepsza chwila na eksperymenty, którym bez wątpienia dla wielu był ten wyścig. Sam Charles Leclerc przyznał, że jedyne, o czym pragnie po tym wyścigu, to wzięcia kiedyś udziału w jego rzeczywistej wersji.

Le Mans

Następna edycja Le Mans w związku z pandemią została przesunięta na weekend 19-20 września tego roku. Nam pozostaje mieć nadzieję, że nic nie stanie na przeszkodzie w jego rozegraniu we wspomnianym terminie, a sam wyścig obfitować będzie w równie dużą ilość akcji, co jego wirtualna wersja.

Foto. WEC via Twitter