Lamborghini Huracan, któremu kierowca dał popalić – dosłownie

“Baby Lambo”, czyli Lamborghini Huracan, uchodzi za jeden z tych super samochodów, którym może jeździć każdy, a jeden egzemplarz ostatnio spalił się na torze

Lamborghini Huracan na stałe zadomowił się na rynku super samochodów, ciesząc się ogromną popularnością niezmiennie od premiery na genewskich targach w 2014 roku. I nie ma czego dziwić, ponieważ dzięki coraz to nowszym edycjom udało mu się przebić rekord nie tylko czasu na Nürburgringu, ale również wyprodukowanych egzemplarzy jednego modelu przez Lamborghini. Wszystko jednak wygląda na to, że mimo wszystko nie prędko przyjdzie nam się pożegnać z obecnym flagowym modelem producenta z Sant‘Agata, mając za sobą niedawna premierę Huracana EVO RWD Spyder, a przed sobą jeszcze perspektywę kolejnych odmian modelu, jakimi między innymi mają być Super Trofeo Omologato (w skrócie STO) czy Evo Performante.

W tym czasie jednak, kiedy kolejne egzemplarze Lamborghini Huracana zjeżdżają z taśmy produkcyjnej, inne są użytkowane w przeróżny sposób. Kiedy jedne są garażowane, a Niemiec tylko po bułki jeździ, tak innym zdarza się zostać poddanym modyfikacjom lub upalanym na torze. Rzadkim przypadkiem na pewno jest widok przerobionego egzemplarza pokonującego kolejne kilometry nitki Nordschleife. Tym bardziej w takiej sytuacji zaboli, jeśli podłym trafem takiemu projektowi zdarzy się coś złego. Niestety jeden z najgorszych scenariuszy dla właściciela takiego samochodu spełnił się wczoraj, właśnie na Zielonym Piekle.

Nieszczęśnikiem, o którym sobie dzisiaj pomówimy, nie był pierwszym lepszym projektem na bazie Lamborghini Huracana, któremu przyjrzymy się bliżej przed przechodzeniem do faktu, co mu się stało. Egzemplarz ten należał do firmy z miasta Verl, Konrad Motorsport, która Huracanami bierze udział w takich wyścigach jak chociażby 24h Nürburgring czy w serii Super Trofeo. Wspomniane Lamborghini, które mieliśmy okazję zobaczyć na wczorajszych Touristenfahrten o był naprawdę wyjątkowy, łącząc wiele sprzeczności. Z jednej strony mamy torową wersję Super Trofeo, które jednak jakimś cudem ma na sobie założone tablice rejestracyjne. Do tego mimo iż jest to wóz za grube miliony, tak w wielu miejscach odarty jest on z lakieru, odsłaniając tym samym gołe włókno węglowe. Prawdopodobnie jest to samochód cywilny ubrany w nadwozie samochodu wyścigowego, które akurat zalegało na magazynach zespołu Konrad Motorsport. Naprawdę wyjątkowa sztuka, przez co serce pęka tym bardziej, kiedy dowiemy się, co się z nim stało.

W czasie wczorajszych jazd publicznych niestety egzemplarz ten zajął się ogniem. Nie wiemy dokładnie jaka była tego przyczyna, ani w jakim stopniu pojazd uległ uszkodzeniu, ale patrząc na skalę pożaru, na pewno skutki będą poważne. Jak na ten moment nie dostaliśmy jeszcze żadnego oświadczenia od właścicieli tej sztuki Lamborghini, przez co wciąż zostajemy w niepewności zarówno pod względem stanu pojazdu, jak i tego, jaka przyszłość go czeka.

Foto. constantinschoell oraz statesidesupercars