Grand Prix Miami – spełnienie amerykańskiego snu Formuły 1 o Florydzie

Debiutujące w ten weekend Grand Prix Miami, choć spotyka się z kontrowersjami, jest ogromnym sukcesem Liberty Media na terenie USA.

Wraz z jedyną nowością w kalendarzu F1 na sezon 2022 Liberty Media wreszcie dopięło swego. Długa walka o drugi wyścig w Stanach Zjednoczonych wreszcie przyniosła oczekiwany skutek, a Grand Prix Miami staje się rzeczywistością. Można by wręcz rzec, że dla obecnych właścicieli Formuły 1 wyścig ten jest jednym z największych sukcesów od czasu, kiedy przejęli kontrolę nad sportem. Kryje się za nim bowiem znacznie więcej niż kolejny przystanek w globalnej wędrówce karawany Królowej Sportów Motorowych. Żeby to jednak zrozumieć, musimy najpierw cofnąć się w czasie o kilka lat.

Hard Rock Stadium

Na początek odrobinę historii

Wszystko zaczyna się od roku 2016, kiedy to amerykańska spółka Liberty Media zgodziła się wykupić od Berniego Ecclestone’a prawa własności do Formuły 1. Urodzony w październiku 1930 roku Brytyjczyk związany był w różny sposób z Królową Sportów Motorowych już od sezonu 1958. Punktem zwrotnym dla całej serii stało się jednak założenie przez niego Formula One Constructors Association w 1974. Za sprawą tej organizacji stał się głową całej serii, prowadząc negocjacje z FIA czy stacjami telewizyjnymi. To on właśnie przyczynił się do komercjalizacji tego sportu, która przełożyła się na rozwój do niesamowitej skali.

Niestety ostatnie lata jego władzy nie należały do udanych. Pomijając temat licznych kontrowersji, Bernie kurczowo trzymał się starych mediów trzymał się starych mediów i zamkniętej otoczki Formuły 1. Takie podejście nie przyciągało jednak nowych odbiorców. Marnujący się potencjał zauważyło Liberty Media, które wraz z finalizacją kupna sportu za 4,6 miliarda dolarów w styczniu 2017 roku ruszyło pełną parą z celem podbicia zainteresowania serią.

Witamy w XXI wieku

Świeżo upieczeni właściciele nałożyli spory nacisk na współczesne formy przekazu. Nowe logo oraz pełnoprawny hymn wprowadzone na sezon 2018 były dopiero początkiem nowego wizerunku serii. Niemal nieistniejące wcześniej oficjalne profile Formuły 1 na przeróżnych portalach społecznościowych zaczęły być przepełniane różnego rodzaju treścią. Powstała platforma F1TV, która znacząco rozszerzyła doświadczenia z oglądania sportu. W jednym miejscu dostaliśmy możliwość nie tylko do śledzenia wyścigów na dowolnym urządzeniu, ale również dostęp do onboardów każdego kierowcy na żywo, ekskluzywne materiały, archiwalne zapisy Grand Prix czy wiele innych.

Drive to Survive

Tego typu większych czy mniejszych zmian można by mnożyć w niemal nieskończoność. Prawdziwą wisienką na torcie okazał się jednak serial Netflixa. Serwis streamingowy zajął się produkcją serialu dokumentalnego, który przybliżył widzowi Formułę 1 jak nigdy dotąd. Wywiady, wgląd w codzienne życie ludzi tego sportu, ukazanie problemów i wyzwań będących nierozerwalną częścią DNA serii. W skrócie udało im się ukazać ten wielomilionowy biznes z bardziej ludzkiej Jednak czy to wszystko przyniosło oczekiwany rezultat?

Jak najbardziej! Niemal każda decyzja wizerunkowa w pierwszych latach działalności Amerykanów była strzałem w dziesiątkę. Zainteresowanie Formułą 1 dawno nie było tak ogromne, jak jest obecnie. Sama seria z kolei w krótkim czasie znalazła się wśród sportów o najszybciej rosnącej popularności. Co więcej, Liberty Media udało się podbić nawet ich domowy, amerykański rynek. Tamten mocno podupadł po niesławnym wyścigu na Indianapolis w 2005 roku. Wówczas przez problemy z pękającymi na owalu oponami Michelin wystartowały jedynie 3 zespoły zakontraktowane z firmą Bridgestone. Dzięki działaniom obecnych właścicieli w ostatnich latach udało się nie odbudowywać zainteresowanie w USA, które rosło z roku na rok. Ostatecznie doprowadziło to do rekordu wszechczasów kibiców na trybunach całego weekendu F1, który wyniósł około 380 tysięcy w przeciągu całego Grand Prix na torze w Austin.

Amerykański sen o Florydzie

Od samego początku swojej przygody z Formułą 1 Liberty Media nie ukrywało, jak ważny jest dla nich rynek amerykański. Stąd też próbowali oni od niemal samego początku przeforsować drugi wyścig w Stanach Zjednoczonych. Już w 2018 wnieśli oni do władz Miami wniosek z propozycją rozegrania Grand Prix na ulicach tego miasta. Rozpoczęło to dość długą i wyboistą drogę do ostatecznego debiutu wyścigu, który otrzymamy już w ten weekend.

Grand Prix Miami

Początkowo pierwszą edycję planowano rozegrać w 2019 roku, ale jak już się zapewne domyślacie, tak się nie wydarzyło. Pierwotny pomysł na nitkę toru znajdował się bowiem w zupełnie innej części miasta. Bolidy miały ścigać się bliżej wody, konkretniej dookoła obecnej FTX Arena (wokół której ścigała się również Formuła E w 2015 roku). Nitka następnie miała poprowadzić bolidy na most prowadzący na portową wyspę Dodge Island. Byłaby to naprawdę nietuzinkowa nitka, która dostarczyłaby masę niesamowitych ujęć na bolidy gnające ponad wodami zatoki. Niestety pomysł ten ostatecznie nie wypalił ze względu na plany konstrukcyjne rozwoju portu w Miami.

Jak nie przy jednym stadionie, to przy innym

Włodarze Formuły 1 nie mieli jednak zamiaru dać za wygraną. W taki sposób ze swoim pomysłem na rozegranie Grand Prix Miami przenieśli się w inną część aglomeracji. Trafili do Miami Gardens, miejscowości na przedmieściach metropolii. To tam zlokalizowany jest Hard Rock Stadium, dom zespołu NFL Miami Dolphins i sześciokrotny gospodarz Super Bowl. Miejsce to wciąż przysporzyło organizatorom wielu problemów. Tym razem przeszkodą okazała się ludność tam mieszkająca. Lokalni mieszkańcy wybiegli na ulicę niezadowoleni, sprzeciwiając się temu, ich okolica pogrążyła się w wyścigowym chaosie. Protesty trwały kilka miesięcy, ale Formuła 1 nie miała zamiaru się poddać.

Hard Rock Stadium

Grand Prix Miami za wszelką cenę

Po długich negocjacjach seria dostosowała się do wymagań stawianych przez władze miasta. Tych było naprawdę sporo. Tor nie mógł korzystać z dróg publicznych Northwest 199th Street oraz N.W. 27th Avenue, co ograniczyło obszar planowania nitki. Żadna sesja nie może się rozpoczynać zarówno przed 14:30 czasu lokalnego w dni, w których szkoły publiczne rozpoczynają zajęcia przed tą właśnie godziną, jak i po zachodzie słońca. Jeśli zwrócimy uwagę na rozpiskę godzinową weekendu, zobaczymy, że wpłynęło to na nietypowe godziny rozpoczęcia piątkowych treningów. Pierwszy z nich rozpocznie się bowiem o naszej 20:30, czyli dokładnie 14:30 czasu lokalnego.

Grand Prix Miami

Oczywiście to wciąż nie koniec wymagań, które postawiono przed organizatorami Grand Prix Miami. Północna strona toru sąsiadująca ze Snake Creek Canal musi zostać zabezpieczona barierami ograniczającymi hałas. Lokalne restauracje mają mieć możliwość świadczenia usług cateringowych bez dodatkowych opłat wynikających z organizacji eventu. Ponadto seria zobowiązała się do wpłacenia miastu w ciągu dziesięciu lat planowanego kontraktu 5 milionów dolarów na świadczenia społeczne oraz do zapewnienia co najmniej pięciu płatnych staży.

Niech rozpoczną się igrzyska!

Ostatecznie po kilku latach walki w kwietniu 2021 oficjalnie potwierdzono zielone światło dla rozegrania pierwszego Grand Prix Miami. Miasto podpisało umowę na łącznie dziesięć lat organizacji wyścigów na terenie parkingów dookoła Hard Rock Stadium. Oczywiście, hasło „wyścigi na parkingu pod stadionem” kojarzone jest u nas z nocnym upalaniem Golfów czy innych Civiców. Mówimy tutaj jednak o Ameryce, a konstrukcja toru w tej niezbyt ciekawej na pierwszy rzut oka lokacji nie została potraktowana po macoszemu. Niemal cała nitka dostała nowy asfalt zgodny z najwyższą homologacją bezpieczeństwa FIA Grade 1, która jest wymagana do goszczenia najszybszych serii świata, w tym też F1. Poza obiektami, które będą dobudowywane na czas rozgrywania Grand Prix, sama obecna infrastruktura stadionu ma naprawdę wiele do zaoferowania. Nigdzie indziej nie dostaniemy bowiem okazji do między innymi przejechania się kolejką linową nad ścigającymi się bolidami Formuły 1.

O nitce toru słów kilka

Mając do dyspozycji plac parkingu, założyć można było, że projektanci składający się z przedstawicieli Formuły 1 oraz Apex Circuit Design otrzymali dość sporą swobodę w opracowaniu trasy. Tak też i było, a po kilku dniach analizy otoczenia na mapach Google przygotowano 75 różnych nitek. Na aż 36 z nich (!) przeprowadzane były symulacje w celu wybrania najlepszego układu. W taki też sposób padło na obecną nitkę o długości 5,41 kilometra z dziewiętnastoma zakrętami. Przewiduje się, że bolidy rozpędzą się maksymalnie do 320 km/h. Podana przez F1 średnia prędkość na poziomie 223 km/h da nam zatem czasy okrążeń w okolicach minuty i 27 sekund.

Grand Prix Miami

Analizując nitkę toru, zauważyć możemy kilka potencjalnych miejsc do ataku. Dotychczas najlepszymi miejscami były mocne dohamowania na końcach prostych, zazwyczaj tuż za strefami DRS. Tutaj tego typu sekcji mamy trzy, w zakrętach numer 1, 11 oraz 17. Pierwszy sektor obfituje w sporo łagodnych zakrętów o średniej prędkości. Od zakrętu 11 do 16 dostajemy natomiast przypominający kręty labirynt, prawdopodobnie najwolniejszy odcinek toru. Jest to zatem mieszanka, która powinna zapewnić zarówno wyzwanie kierowcom, jak i umożliwić manewry wyprzedzania.

Czy Grand Prix Miami okaże się sukcesem?

Fani F1 od miesięcy dyskutują o omawianej nitce w kontekście potencjału na dobre ściganie. Wielu z dystansem czeka na weryfikację w wyścigu. Niektórzy narzekają na niemal nieistniejącą różnicę wysokości. Jeszcze inni z kolei kupują zapewnienia o wybraniu najlepszego rozwiązania po dziesiątkach symulacji. Stąd też na ustalenie, czy Grand Prix Miami będzie sukcesem pod względem widowiska, musimy poczekać do flagi szachownicy w niedzielę ósmego maja.

Grand Prix Miami

Już teraz jednak wyścig ten jest sporym osiągnięciem dla Formuły 1 i Liberty Media. Obecni właściciele serii ponownie potwierdzili, że są w stanie dopiąć swego i to pomimo przeciwności. Samo rozegranie Grand Prix Miami jest z kolei ostatecznym dowodem na sukces w rozwoju zainteresowania serią oraz podboju tak kluczowego rynku amerykańskiego. Jest to jeden z niewielu torów z ostatnich lat, który zawitał w kalendarzu F1 nie ze względu na ogromne pieniądze różnego rodzaju koncernów, ale przez wiarę w potencjał fanów. Miami jest dla Formuły 1 i Liberty Media dosłownie spełnieniem amerykańskiego snu o Florydzie. Snu, który ostatecznie ziści się w weekend od szóstego do ósmego maja bieżącego roku.

Idąc za ciosem

Mówiąc obecnie o nadchodzącym drugim wyścigu w kalendarzu F1 na terenie USA, ciężko jest nie wspomnieć Grand Prix Las Vegas. Sukces w zrealizowaniu wyścigu w Miami dla Liberty Media wciąż najwyraźniej wiązał się z niedosytem w kontekście ich rodzimego rynku. Na nasze szczęście nie musimy się już dłużej bawić w plotki i domysły. Oficjalnie otrzymaliśmy potwierdzenie organizacji Grand Prix Las Vegas już w 2023 roku. Dla F1 będzie to pierwszy wyścig w Stolicy Hazardu od dwuletniego epizodu z tragicznymi wyścigami na parkingach Caesar’s Palace w latach 1981 i 1982. Pozostaje jedynie liczyć, że nie doczekamy się powtórki „widowiska” z lat osiemdziesiątych, a my w Europie będziemy w stanie cieszyć się amerykańskim snem Formuły 1 nawet po drugiej stronie Atlantyku.

Las Vegas

Artykuł ten został pierwotnie opublikowany na łamach Przewodnika Kibica Radia GOL. Link do jego pobrania znajdziecie TUTAJ.

Foto. materiały prasowe serii