Le Mans '66

Le Mans ’66 a historia – analiza filmowego wyścigu Daytona 24h

Hollywood zawsze towarzyszą błędy i nieścisłości, które nie omijają nawet ekranizacji prawdziwych historii. Nie inaczej jest w Le Mans ’66.

Tegoroczna edycja Rolex 24h at Daytona zbliża się wielkimi krokami. Mając na uwadze rangę tego wydarzenia, w takich momentach warto zajrzeć do kart historii. Tak się złożyło, że pierwsza edycja całodobowego wyścigu na omawianym owalu rozegrana w roku 1966 doczekała się kinowej ekranizacji. Była ona przedstawiona we fragmencie filmu „Ford v Ferrari” (w Europie „Le Mans ‘66”). Za kierownicą Forda GT40 wygrał ją duet ekipy Shelby American, w skład której wchodzili Lloyd Ruby oraz Ken Miles. Film przedstawił ją w sposób naprawdę ciekawy i emocjonujący, jednakże jak to na adaptację Hollywood przystało, nie do końca prawdziwy. Pojawiające się nieścisłości wynikają bowiem czy to z niedopatrzeń, ograniczeń czy podkoloryzowania.

Rzeczą, która najmocniej rzuca się w oczy, jest oczywiście nieprawidłowa trasa wewnątrz owalu. Wynika to z faktu, że scena została nakręcona nie na Florydzie, a na torze Auto Club Speedway Fontana w Kalifornii. Najdobitniej widać to podczas gdy samochody zjeżdżają do wewnętrznej części ovalu z pochylonego zakrętu. Na torze Daytona odcinek ten następuje niemal od razu po wyjeździe z alei serwisowej.

Kulminacyjna scena wyścigu przedstawia pogoń Kena Milesa za Danem Gurney i Waltem Hansgenem. Brytyjczyk ostatecznie wygrywa to starcie, wyprzedzająco oba Fordy GT40 rywali na ostatniej prostej. Choć na seansie dostarczyło to masę emocji, w rzeczywistości wyglądało to znacznie inaczej. Oczywiście, wszystkie te samochody przekroczyły linię mety na dokładnie tych samych pozycjach jak w filmie. Sęk w tym, że duet Miles – Ruby w tym czasie zdołał wypracować sobie aż 8 okrążeń przewagi. Hansgen z konkurencyjnego zespołu Holman-Moody z kolei dojechał okrążenie za Danem Gurney. Warto przy tym wspomnieć, że Walt podobnie do Milesa zginął w czasie testów Forda GT40. Stało się to we Francji, na dwa miesiące przed pamiętną edycją Le Mans.

Le Mans '66

W filmie Ken Miles nadgonił stawkę za sprawą polecenia na tablicy wywieszonej przez Carrolla Shelby’ego. Kazał on wykorzystać mu bufor obrotów, zmieniając biegi przy ponad 7000 obrotów na minutę, tysiąc wyżej niż zalecał to zespół. Co ciekawe, takie zalecenie faktycznie było obecne. Miało uchronić monstrum w postaci siedmiolitrowego V8 przed awariami w trakcie wyścigów o długości 24 godzin. Przyznał to sam Gus Scussel, ówczesny inżynier działu silników i odlewnictwa w Fordzie. Silnik sam w sobie był w stanie pracować przy maksymalnie 7400 obrotów na minutę. Przy wyścigach długodystansowych jednakże wartość, której inżynierowie zabronili przekraczać kierowcom, wynosiła 6200 rpm. Biorąc pod uwagę jednak przewagę Milesa i Ruby’ego, raczej na pewno nie doszło do sytuacji, w której Shelby zlecił ryzyko.

Ford GT40

Z większych zarzutów dorzucić możemy, że w filmie doszło do wypadku, w którym to zepchnięty przez Hansgena na barierę Mustang eksplodował. Jedyny egzemplarz tego modelu, który nie ukończył wyścigu miał bowiem jedynie awarię silnika. Jechała nim ekipa Joe Treadwell i odpadła ona na 168 okrążeniu.

Tego typu nieścisłości dla zagorzałych fanów motorsportu mogą być naprawdę irytujące. Szczególnie biorąc pod uwagę, że omawiamy tutaj jedynie największe „kłamstwa” pojedynczej sekwencji, nie biorąc pod uwagę licznych mniejszych drobnostek. Jednakże, oglądając tego typu seanse, musimy pamiętać o jednym. Mimo wszystko nie obcujemy z materiałem dokumentalnym, a filmem, który chce nam sprzedać historię w sposób najatrakcyjniejszy i najprzystępniejszy. To w pewnym sensie wymusza na twórcach stosowanie masy uproszczeń i klisz. Mimo wszystko Jamesowi Mangoldowi ostatecznie za Le Mans ’66 bez wątpienia należą się wyrazy szacunku. Nie tylko przygotował on naprawdę dobry film, ale jeszcze ożywił pamięć do jednego z najbardziej niedocenianych kierowców ubiegłego wieku.

Ken Miles

Foto. materiały prasowe producenta, Google Maps