Fe1ietonik #5: Ostatni wyścig sezonu F1… w końcu!

W tym felietonie nie będę zbyt szczegółowo opisywać wydarzeń z Grand Prix Arabii Saudyjskiej. Zdarzyło się tak dużo, iż trudno to zawrzeć w jednym artykule. O tym można by było napisać jeden spory rozdział książki. Poza tym mam wrażenie, że po tylu wyścigach i tak napiętej walce o tytuł F1, można mieć tego sezonu po prostu dość. Naprawdę dobrze, że ten sezon się już kończy. Dla tych, co tak jak ja są już zmęczeni 71. sezonem Formuły 1, opiszę zdarzenia, które miały duży wpływ na rywalizację w niedzielę, z przymrużeniem oka, a nie zostały dostatecznie zauważone. Oprócz tego pobawię się w wróżkę i poruszę kilka kwestii dotyczące przyszłego sezonu i nie tylko.

Opony, ach te opony

W sobotę zdecydowanie lepiej z oponami radził sobie Max Verstappen. Dzięki temu wyglądał on pewnie i mógł jechać na absolutnym limicie. Kierowcy jeżdżą tak tylko wtedy, kiedy naprawdę mogą zaufać bolidowi, który prowadzą. Max jeździł na tak cienkiej granicy, że to cud, iż uderzył w ścianę dopiero na wyjściu z ostatniego zakrętu. Patrząc na jego onboard z prawie najlepszego okrążenia roku można zauważyć, iż dwa razy prawie otarł o ścianę. Gdyby pojechał centymetr szerzej w 2 i 17, to by już skończył swoje “kółko” wcześniej. Przesadził? Nie pierwszy raz…

W niedzielę miał szczęście z czerwoną flagą. Dzięki niej na pierwszym restarcie Verstappen był przed Hamiltonem. Na nim chciał utrzymać swoją pozycję. Jednak Hamilton wykonał start sezonu i był już o ponad długość bolidu przed Verstappenem po 150 metrach. Ten start był jak pocisk z AK47 – szybki, precyzyjny i bardzo skuteczny. Mimo to Max chciał ten pocisk złapać w rękę i jeszcze odbić go z powrotem do strzelającego. Sam potem na drugim restarcie wymierzył jeszcze precyzyjniejszy i bardziej zaskakujący strzał, którym zrehabilitował się po nieudanym starcie. Przy drugim restarcie pomogły Maxowi opony. Pytanie: jak bardzo? Czy na twardych oponach byłby w stanie awansować z trzeciego na pierwsze miejsce? Ciężko powiedzieć, ale prawdopodobnie tak, bo decydujący ruch Max wykonał, gdy pojechał bardzo blisko wewnętrznej bandy, czym zaskoczył Lewisa. Wtedy Verstappen mógłby bronić się dłużej przed Hamiltonem.

Długo się bronił. Warto zwrócić jednak uwagę, dlaczego nagle Hamilton mógł zaatakować. Na 36. okrążeniu ogłoszono wirtualną neutralizację tuż po tym, jak oboje pokonali drugi zakręt. Lewis wtedy tracił tylko 0,7 sekundy. Gdy na torze ponownie można było się ścigać, Lewis był już w sekcji toru, gdzie zawsze zyskiwał. Michael Masi wyrzucił wtedy wszystkie asy z talii Maxa i ten nie mógł zyskać w sekcjach zakrętów 4-10, gdzie zyskiwał nad Lewisem nawet 0,5 sekundy. Potem nastąpiła cała sekwencja dziwnych zdarzeń, aż w końcu Lewis zdołał wyprzedzić czystym manewrem Verstappena na 43. okrążeniu. No prawie, bo go wypchnął, ale Max robił gorsze rzeczy. Oboje zamiast walczyć na ciosy, zaczęli kopać się po kostkach – albo porównując do siatkówki, nagle zaczęli odbijać piłkę pod siatką licząc, że może tak pokonają przeciwnika. Tymczasem sędzia w ogóle nie liczy punktów…

F1 Grand Prix Arabii Saudyjskiej

Wróżka o tytule F1

Teraz powinienem napisać, iż czeka nas nieprawdopodobnie emocjonujący weekend i nie możecie przegapić ostatniego wyścigu. Jednak nie będę jeszcze dmuchał i tak napompowanego balonika. Pamiętajmy – to tylko sport. Ani Hamilton, ani Verstappen nie walczą o uratowanie świata. Są już superbohaterami, ale walczą tylko i aż o tytuł mistrza świata w jednej z dyscyplin sportu. Czy czeka nas kolizja? To prawdopodobne, bo obaj nie mają wiele do stracenia. Walka w Arabii była bardzo emocjonalna dla nich, a teraz sytuacja jest jeszcze bardziej napięta. Kopanie po kostkach może wejść, że tak powiem, na jeszcze wyższy poziom. Oczywiście wtedy tytuł wygrywa Verstappen.

Jednak może oboje będą tak zdeterminowani, że na przykład po kolizji na pierwszym okrążeniu będą jechali wrakami i nimi przebijać się przez stawkę. To też może być pokaz siły i mocy obu pretendentów do tytułu F1. Wtedy pamiętajmy, że Verstappen w takim wypadku ma trzech “pomagierów”, a Hamilton tylko jednego. Warto też dodać, iż w decydujących starciach (w różnych dyscyplinach sportu) często jest tak, iż w sumie nic się dzieje, ale ze względu na stawkę pojedynku, wszyscy się nim emocjonujemy. Wtedy nudny pojedynek jest ciekawy. Często tak jest np. kiedy mamy finał Euro lub mundialu, gdzie większość meczu odbywa się na środku pola. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

Być może doczekamy kolejnych interesujących szachów strategicznych. Oba zespoły potrafią bardzo dobrze taktycznie rozgrywać wyścigi i nie raz w tym sezonie zaskakiwali się nawzajem. Red Bull jednak musi mieć obu kierowców w czubie. Takie pojedynki czasem mogą być ciekawsze niż same pojedynki na torze. Jednak może być tak, iż Lewis albo Max odjadą od siebie i sama szybka oraz pewna jazda na prowadzeniu zapewni triumf i mistrzowską koronę F1. Taki styl wygrania tytułu też z pewnością zamknąłby spekulacje, kto był lepszy, kto miał więcej szczęścia, itp. Można by z przymrużeniem oka powiedzieć, iż tak naprawdę w tym sezonie mamy tylko jeden wyścig, który rozstrzygnie o tym, kto zdobędzie tytuł F1.

Kilka rzeczy, które umknęły

Być może niektórym kibicom umknęły zmiany, które nastąpią od przyszłego sezonu w weekendach wyścigowych, w których odbędą się sprinty. W przyszłym sezonie będzie 6 wyścigów sprinterskich (najprawdopodobniej Bahrajn, Emilia-Romagna, Kanada, Austria, Holandia, Brazylia). Punkty będzie otrzymywać najszybszych dziesięciu zawodników, ale nie wiadomo jeszcze ile dokładnie. Od przyszłego sezonu to zwycięzca kwalifikacji będzie zdobywcą Pole Position, a nie zwycięzca sprintu. Dodatkowo każdy zespół będzie mógł otrzymać 500 tys. euro odszkodowania, jeżeli przydarzy się wypadek któremuś z zawodników. To dobre zmiany, bo zawodnicy w sprintach będą trochę więcej ryzykować. Spodziewam się jednak, iż w większości te wyścigi nadal będą bardziej przypominały procesje Bożego Ciała.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na listę startową F1 na sezon 2022, którą właśnie opublikowała FIA. Mission Winnow zniknie z nazwy zespołu -być może w momencie, kiedy włoski zespół naprawdę ma na to szansę (WinNow, czaicie?). A może ktoś chciałby kupić silnik Ferrari? Niestety już sprzedany, za aż… 36 tysięcy euro. Jeżeli ktoś się zastanawia czy to dużo czy mało, to tylko dodam, że samo przednie skrzydło może kosztować koło 100 tysięcy euro.

Ostatnio brakowało ciekawych plotek. Jednak kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że Jean Todt może powrócić do Ferrari na stanowisko konsultanta. Mattia Binotto nic nie potwierdza, ale wiemy jak to jest. Otmar Szafnauer też nic nie wiedział o zwolnieniu Pereza. Z drugiej strony nie ma żadnych konkretów, więc trzeba traktować tą plotkę z dużym dystansem.

P.S. Dobrze, że ten sezon już się kończy – niech jednak skończy się godnie.

Foto: Daimler