Sławomir Poros o tym jak Śniadanie spotkało się z Gablotą – Wywiad

Jeśli interesujesz się motoryzacją i kochasz dobre jedzenie, to z pewnością już nieraz słyszałeś o “Śniadanie i Gablota”, czyli cyklu spotkań, podczas których pasjonaci motoryzacji jedzą wspólnie śniadanie, wymieniają się poglądami i choćby byli z różnych światów, to łączą ich gabloty, czyli samochody, które każdy z nas uwielbia!

Oprócz samochodów na ŚnG ważna jest atmosfera oraz ludzie, którzy tworzą to wydarzenie. Nie tylko ci, którzy przyjechali samochodami, ale również ci, którzy przyszli pieszo, albo przyjechali rowerami, aby po prostu zjeść dobre śniadanie, popatrzeć na wyjątkowe samochody i porozmawiać z ciekawymi ludźmi. Bo skąd wiesz czy podczas jednego ze spotkań nie nawiążesz znajomości, która wpłynie na całe twoje życie? A może to jedyna okazja, żeby porozmawiać z właścicielem twojego wymarzonego samochodu, o którym śnisz od dzieciaka? Właśnie o to chodzi w Śniadanie i Gablota!

Jednak żeby takie miejsce mogło powstać ktoś musi to wszystko przygotować i zorganizować. Za projektem Śniadanie i Gablota stoi Sławomir Poros, założyciel Tejsted, który wraz z piętnastoosobowym zespołem pilnuje, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Miałem okazję z nim porozmawiać i zapytać jak wygląda ten event od kuchni. Bo to właśnie od organizacji zależy czy uda się zrealizować wszystkie 35 śniadań w sezonie i czy każdy z gości będzie zadowolony. Zapraszam do lektury!


Karol Filipiak: Stoisz za stworzeniem cyklu spotkań “Śniadanie i Gablota”, czyli jednego z najbardziej rozpoznawalnych cyklicznych eventów motoryzacyjnych w Polsce. Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie?

Sławomir Poros: „Jednego z najbardziej rozpoznawalnych cyklicznych eventów motoryzacyjnych w Polsce”, ależ to dobrze brzmi! Nie uważasz?! (śmiech) Sam pomysł wziął się od spontanicznego śniadania w jednej z łódzkich śniadaniowni. Wrzuciłem wtedy zdjęcie na Instagrama z dopiskiem „ktoś chciałby się spotkać na śniadaniu?” Tak poznałem Krzyśka, który wtedy odpisał mi na InstaStory i zaczęliśmy budować markę Śniadanie i Gablota. On był bardzo dużym impulsem do organizacji pierwszych wydarzeń w Łodzi. Po dwóch, albo trzech, miesiącach zaczęliśmy nawet razem pracować zawodowo, więc to spontaniczne zdjęcie miało bardzo duży wpływ na to co się wydarzyło później i dzieje się do dziś. Pamiętam, że projekt logo powstał na serwetce, później Roman Rudnicki obrobił to graficznie… miało być tylko na chwilę, aż nie wymyślimy niczego lepszego, ale to logo jest z nami do dziś.

Zapewne jest to ogromne wyzwanie logistyczne, aby stworzyć kilkadziesiąt spotkań w kilku miastach w całym kraju. Jak to wszystko organizujecie?

Tak, to prawda. Niedawno się śmiałem, że jesteśmy trochę jak Formuła 1 w skali 1:43, która co weekend daje swoje motoryzacyjne przedstawienie w innym miejscu w kraju. W sezonie 2018 zrobiliśmy 23 eventy w 4 miastach Polski, sezon 2019 jest zaplanowany na 35 eventów w 6 miastach, więc ten wzrost jest zauważalny, a co za tym idzie pojawiają się nowe i coraz większe wyzwania. W tym roku musimy nie tylko zdać egzamin z tego, czy potrafimy utrzymać poziom imprez w miastach, w których ŚnG jest już znane, ale do tego wprowadzić nasz event do Warszawy i Krakowa. Ale ŚnG, to bardzo dobrze naoliwiona maszyna, z niezwykle zgranymi zespołami w każdym mieście, więc jestem optymistą. To są ludzie, którzy wcześniej robili pojedyncze zloty, spotkania, a dzisiaj z czystym sumieniem mogę ich nazwać fachowcami od tej roboty. Prawda jest taka, że regularne eventy to najgorszy typ wydarzeń jaki można sobie wymyślić, konsekwencja, nieubłagane terminy, partnerzy, komunikacja, promocja poszczególnych eventów, relacje, planowanie, wszystko po to, żeby na końcu nasi goście mogli powiedzieć – Tak! Wrócimy następnym razem! To jak wszędzie, w niedzielę przy jajecznicy widać przysłowiowy czubek góry lodowej, a tak naprawdę, żeby zrobić jeden sezon ŚnG, który dla nas trwa przez 5 miesięcy, my musimy go przez kolejne 5 miesięcy przygotowywać. Kocham śniadania, lubię celebrować moje poranne rytuały, ale będąc zupełnie szczerym z Tobą – robiąc łódzką edycję chyba jeszcze nigdy spokojnie nie zjadłem posiłku w trakcie eventu. Dlatego jeżdżę na śniadania do innych miast, żeby samemu cieszyć się z tego co udało nam się zbudować. Sam też bardzo wiele się uczę, podglądam co robią inni, co mogę sam poprawić. W czasie sezonu odwiedzam wszystkie ekipy i to jest niesamowite, że każde śniadanie jest inne, każde ma swój styl i wyróżnia się czymś innym na tle pozostałych miast, a mimo to wszyscy zmierzamy w tym samym kierunku.

Nie boicie się, że zabraknie Wam pomysłu na urozmaicenie spotkań? Na zaprezentowanie ludziom czegoś nowego?

Nie, podchodzę do tego zupełnie spokojnie. Mamy bardzo prostą formułę, tutaj nie ma żadnej kosmicznej filozofii – jest porządne śniadanie, gabloty, ludzie i niepowtarzalna atmosfera. My nie staramy się na siłę urozmaicać tego jakimiś fajerwerkami. Jeśli ludzie czegoś chcą, czują potrzebę włączenia jakiejś „atrakcji” do tego co my im dajemy, to najczęściej sami z tym do nas przychodzą. W Łodzi na przykład na kolejnym śniadaniu będzie przeprowadzane bezpłatne podstawowe badanie wzroku. Była potrzeba, był pomysł, jest działanie. Cały czas dzieje się coś nowego. U nas ma być chill, odpoczynek, miły czas. Nie chcemy, żeby to się stało jakimś festynem przeładowanym bodźcami, które utrudniają ci zjedzenie kanapki.

Kto jest odbiorcą “Śniadanie i Gablota”? Jaki panuje klimat podczas spotkań?

Zawsze pojawia się takie pytanie na spotkaniach z potencjalnymi partnerami i nigdy nie wiem jak na nie odpowiedzieć, bo ŚnG właściwie nie ma „grupy docelowej”. Pewnie z marketingowego punktu widzenia to bardzo zła wróżba, ale tak jest. To jest wydarzenie kierowane do każdego, kto chciałby się spotkać i pogadać przy wspólnym śniadaniu.

Czyli mogę przyjechać na Śniadanie w Lamborghini za ponad milion złotych albo przyjechać na rowerze i każdy może dobrze się bawić?

Dokładnie! Nie było, nie ma i nigdy nie będzie selekcji. Jasne, czasem prosimy kogoś, żeby przestawił auto tu i tam, bo zdarza się, że walczymy o każdy centymetr parkingu. Ale możesz przyjechać czym chcesz i zaparkować obok czego chcesz. Ja nawet zachęcam, żeby ludzi przyjeżdżali naprawdę wszystkim, wciąż czekam na jakieś autobusy i ciągniki. Jeśli ktoś jeździ Ferrari i przeszkadza mu to, że musi zaparkować obok Toyoty, albo to, że ktoś obcy podejdzie i zapyta go jak spał, to po prostu nie jest to event dla niego. Życie codzienne jest wystarczająco ponapinane, w szkole, w pracy, w mediach, ciągle musimy z czymś walczyć, więc naprawdę, nie ma potrzeby budowania murów wokół siebie przez te kilka godzin podczas śniadania.

Przejdźmy jednak do supersamochodów, bo to one wzbudzają największe emocje. Jakie “rodzynki motoryzacji” można było u Was znaleźć?

Siłą rzeczy, klasyki i supersamochody, wzbudzają pożądanie i największe zainteresowanie, to oczywiste. Odwiedzają nas najróżniejsze auta, Porsche, AMG, Ferrari, Lamborghini, mogę zdradzić, że w tym roku dość często pojawiać będą się McLareny. Dla mnie osobiście najciekawsze są te auta, obok których normalnie mógłbyś przejść obojętnie, ale nagle poznajesz właściciela, który nieśmiało wyciera serwetką resztki pokruszonej bułki z wąsa i przez godzinę opowiada ci jak był tym autem gdzieś na Syberii… a ty bałbyś się jechać na drugi koniec miasta. To są tak bardzo inspirujący i pozytywni ludzie, że nie da się nie darzyć ich sympatią.

Co Was wyróżnia od znanego na całym świecie “Cars&Coffee” i czy macie jakiś ideał, który przyświecał Wam przez cały czas tworzenia Śniadań?

Wyróżnia nas to, że nie jesteśmy Cars&Coffee, jesteśmy Śniadanie i Gablota, z Polski. Wiesz, ja kocham ten kraj. Pracuję tutaj, odpoczywam w polskich górach, piję polską wódkę. Czasem boli mnie mnóstwo rzeczy w tym kraju. Są też ludzie, którzy naprawdę czekają, aż coś nam się przytrafi i ŚnG upadnie. Ale ja zawsze chciałem, żeby ten event był autentyczny, prawdziwy, taki jak ja, Ty, jak 38 milionów Polaków. Ludzi możesz nabrać na jeden, może dwa eventy. Gdy robisz 25 imprez i na każdej masz komplet gości, to znaczy, że ludzie czują do ciebie zaufanie, wiedzą, że my ich nie oszukujemy, przyjeżdżają i czują się dobrze, bo są wśród swoich. Nie chcieliśmy niczego przeszczepiać, przenosić jakiś wzorców z zagranicznego eventu i po prostu robić go w kraju nad Wisłą. Poszliśmy swoją drogą. C&C ma takie samo założenie jak my, bo wszystko sprowadza się do spotkania miłośników motoryzacji przy śniadaniu, ale oni mają zupełnie inną formułę, filozofię – nie gorszą, ani lepszą, po prostu inną. Za to obserwując to co się dzieje w Polsce możesz zauważyć, że nasza koncepcja, którą zdążyliśmy sobie wypracować, stała się pewnym trendem, który inni próbują adoptować na swoje potrzeby tworząc eventy podobne do ŚnG.

Od 2017 roku, kiedy zaczęły się cykliczne spotkania, wiele się zmieniło i Wasz projekt się rozwijał. Jakie macie plany na przyszłość?

Prawda jest taka, że od 2017 roku zrobiliśmy bardzo dużo pracy, w bardzo krótkim czasie. To jest wysiłek wielu naprawdę zdolnych ludzi, którym zaproponowałem pewną podróż w nieznane, a oni się spakowali i postanowili ruszyć ze mną. Jest to pewien fenomen, bo nie było w historii polskiej sceny automotive-media, projektu który łączyłby współpracę tak wielu różnych blogów, portali i influancerów przy organizacji jednego eventu. Jak uważnie przyjrzysz się ludziom, którzy są zaangażowani w robienie ŚnG, to zadasz sobie pytanie, co do diabła sprawia, że oni się w ogóle dogadują?! Ja osobiście chciałbym, żeby ten projekt dalej się rozwijał, zbierał wokół siebie coraz większą społeczność i pokazywał, że w naszym kraju można robić coś bez zawiści i nieustannego „grabienia” wyłącznie w swoją stronę. Widzę w nas materiał na partię polityczną!

Planujecie jakieś poboczne serie spotkań, tak jak było “Kolacja i Gablota”?

„Kolacja i Gablota” odbyła już dwa razy i jest to wydarzenie symbolicznie zamykające nasz sezon. W tym sezonie planujemy coś w rodzaju „Śniadanie Special”, czyli taki event zrobiony raz, w bardzo świeżym miejscu, które nie jest związane z żadnym aktualnym miastem ŚnG. To będą bardzo wyjątkowe wydarzenia, pojedyncze, unikalne, ale wciąż oczywiście dostępne dla wszystkich.

Rozważaliście przekroczenie Polskiej granicy i organizację eventów np. w Niemczech czy Czechach? Tam takie pomysły cieszą się dużym zainteresowaniem?

Widzę, że przygotowałeś się do tego wywiadu bardzo solidnie! Tak, robiliśmy przymiarki do eventów zagranicznych. Póki co bardzo ostrożnie do tego podchodzimy, mamy kilka pomysłów, analizujemy różne scenariusze. Odbyliśmy też wstępne rozmowy na ten temat z potencjalnymi organizatorami. Sam projekt wyjścia poza Polskę jest, ale wymaga bardzo solidnego przygotowania.

Nie myśleliście, aby połączyć Śniadania z jakimś motoryzacyjnym eventem? Z tego co widziałem to wyścig 24h Le Mans odbywa się podczas Śniadania we Wrocławiu.

Najlepiej byłoby zrobić ŚnG LeMans połączone z wyjazdem na sam wyścig, wiesz, jedzenie jajecznicy przed namiotem z widokiem na tor… nie wykluczamy takich projektów w przyszłości. Jest to poniekąd związane z Twoim poprzednim pytaniem o przekraczanie granic Polski.

Z mojej strony mogę tylko pogratulować sukcesu i życzyć powodzenia. Jednak 35 Śniadań w sześciu miastach w całej Polsce robią wrażenie. Co możesz zdradzić na koniec fanom Waszego “Śniadanie i Gablota”?

Bardzo Ci dziękuję za te życzenia, ale w tym miejscu to ja czuję się zobowiązany pogratulować i podziękować wszystkim tym, którzy uwierzyli w ten projekt i są mu tak bardzo oddani, bo bez nich to by się nie udało. Co mogę zdradzić? Że w tym roku na świat przyjdzie dwójka nowych Śniadniohollyków i są to historie nierozerwalnie związane z naszą społecznością… myślę, że niebawem rodzice sami się pochwalą tymi opowieściami!

Śniadanie i Gablota: Poznań

Śniadanie i Gablota: Wrocław

Zdjęcia: Hubert Popiołek oraz “Śniadanie i Gablota”