GP Belgii

GP Belgii pod lupą – weekend Formuły 1 z perspektywy kibica na torze

Deszczowy weekend na Spa dostarczył ogromu emocji. Wydarzenie można określić mianem udanego, nawet pomimo samego wyścigu o GP Belgii.

Wyjazd na weekend wyścigowy to marzenie każdego kibica Formuły 1. Spełnienie go nie jest takie proste, ponieważ nie jest to tania impreza. Na dodatek wydarzeniem trzeba się zainteresować odpowiednio wcześniej, gdyż bilety zazwyczaj rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Mimo to możliwość zobaczenia swoich idoli na żywo rekompensuje wszelkie wydatki. Sam znalazłem się w takiej sytuacji w ostatni weekend, gdy miałem możliwość wybrania się na GP Belgii. Był to mój drugi weekend z Formułą 1 na trybunach, poprzedni miał miejsce na Monzy w 2010 roku (w wieku siedmiu lat). Tym razem bardziej świadomy wyjazd wiązał się ze sporą ekscytacją i oczekiwaniami. Te były spełniane w 110%, dopóki nie nadeszła pechowa niedziela…

Formuła 3 podczas GP Belgii

Organizacja wyjazdu

Jak już wcześniej wspomniałem, weekend Formuły 1 to nie tania zabawa. Dla wielu zaporowe będą ceny biletów, które na GP Belgii zaczynały się od około 200 euro na trybuny (słabo usytuowane i prędko wyprzedane), a kończyły na kwotach rzędu 700 euro. W sprzedaży znalazły się także wejściówki na trawiaste okolice toru, których cena oscylowała w granicach 60 euro. Problemem w tej sytuacji była dostępność, gdyż większość kibiców mogła sobie pozwolić na taki bilet, a miejsca są przecież ograniczone. W moim przypadku skończyło się na wyborze trybuny Silver 2, umieszczonej tuż przed Eau Rouge, w cenie tuż poniżej 400 euro.

Inną kwestią jest sam dojazd z Polski na miejsce. Nocleg we wszystkich belgijskich hotelach był nieopłacalny, gdyż z okazji weekendu Grand Prix ceny poszybowały w górę. Dlatego też najlepszym wyborem było zatrzymanie się w Niemczech, w tym przypadku w przygranicznym Akwizgranie. Mówimy tutaj oczywiście o podróży samochodem, która z Warszawy do niemieckiego miasta wynosiła około 12 godzin.

Największy pozytyw – dostępność toru dla kibica

Pierwszą myślą po dotarciu na tor i znalezieniu swojej trybuny jest “dobra, więc teraz posiedzę sobie kilka godzin i pooglądam jeżdżące bolidy”. Otóż co może być zaskakujące, nie tym razem. Spa-Franchorchamps umożliwia kibicom swobodne przemieszczanie się po obszarze całego toru. W tym wypadku świetnie działa infrastruktura, która pozwala, chociażby na przechodzenie pod torem, co znacznie skraca czas spaceru. Wszelkie łączniki są ukazane na ogólnodostępnych mapach, które są rozsiane po całym obiekcie. Ogólnie rzecz ujmując, posiadanie biletu na konkretną trybunę nie ogranicza nas do pozostawania w jednym miejscu. Dobrą opcją jest przemieszczanie się po różnych sekcjach, chociażby w celu znalezienia idealnego miejsca do robienia zdjęć.

Kwalifikacje na Spa-Francorchamps

W tym miejscu organizatorzy również wyciągają do kibiców pomocną dłoń. Warto zaznaczyć, że większość toru jest otoczona dwoma lub trzema rzędami siatek. W takich przypadkach co jakiś czas można zauważyć spory otwór, umożliwiający wykonanie lepszych fotografii. Problem znika w sytuacji, gdy mamy do czynienia z pojedynczą siatką. Wówczas wystarczy odpowiednio przystawić aparat/telefon, dzięki czemu skutecznie ominiemy niepożądane obiekty i będziemy mogli wykonać czyste zdjęcie.

Organizacja z boku głównych wydarzeń leży i kwiczy…

Był największy pozytyw, trzeba się więc do czegoś konkretnego przyczepić. Organizatorzy upodobali sobie w ten weekend rzucanie kibicom kłód pod nogi, czego dokonywali na kilku płaszczyznach. Najbardziej frustrujące były kłopoty z dojazdem na tor. Ktoś z zarządców całego wydarzenia chyba wciąż żył zeszłym sezonem, gdy podczas GP Belgii nie było kibiców. Tym razem obserwatorzy się pojawili, choć z pewnością nie wszyscy. Niektórzy po prostu utknęli w gigantycznych korkach, które ciągnęły się jeszcze na autostradzie. Nie mówię tu jednak o przyjeździe na ostatnią chwilę, tylko około 4 godziny przed rozpoczęciem głównych wydarzeń (kwalifikacje i wyścig Formuły 1). W niedzielę przy zjeździe z autostrady (mniej więcej 6-8 kilometrów od toru) znalazłem się tuż przed godziną 11. Na Spa-Franchorchamps zameldowałem się około 14:20, co daje ponad 3 godziny stania w korku przy samym końcu podróży.

Spa-Francorchamps

Blisko powiązane z korkami są także utrudnienia parkingowe, które dziwią chyba najbardziej. Parking kosztował 16 euro za każdy dzień, co daje łącznie 48 euro, czyli około 200 złotych. Jako klient mam prawo wymagać, że opłacone usługi zostaną dla mnie przygotowane. Jak wyglądały jednak płatne parkingi? Najlepiej było w piątek, gdy udało się uniknąć zakorkowania i sprawnie zaparkować. Postój został jednak zaplanowany w polu pełnym błota, więc przy wyjeździe trzeba było wypychać samochód, żeby w ogóle odjechać. Sobota uraczyła nas blisko trzygodzinnym korkiem, po którym ponownie udostępniono nam miejsce, w którym auto wręcz się zapadało. Przed niedzielą organizatorzy, świadomi sytuacji, informowali o alternatywnych parkingach. Niestety do takowych chyba nigdy nie dotarłem, gdyż nie wiem, czy parkingiem można nazwać zwykłe pobocze przy drodze. Jeszcze raz przypomnę, że za parking na drodze trzeba było zapłacić 16 euro…

Niedzielna katastrofa wyścigowa

Crem de la creme całego wywodu, czyli to, na co większość czekała pewnie najbardziej. Jak to było z tym wyścigiem? Na początku muszę powiedzieć, że w niedzielę deszcz nie opuścił okolic toru ani na moment. To dawało do myślenia jeszcze przed startem wyścigu, czy ten ma w ogóle szansę się odbyć. Po heroicznej walce z parkowaniem i prędkim dotarciu na tor trzeba było czekać. I czekać, a potem jeszcze czekać i czekać. Niestety, szans na ściganie w niedzielę nie było żadnych. Lało nieustannie, jedynie około 18 deszcz na chwilę zelżał. Mimo to wszelkie słowa wypowiadane podczas anglojęzycznej transmisji, że deszcz słabnie, można sobie było wsadzić między bajki. Paradoksalnie w takich sytuacjach opady zazwyczaj się nasilały, co jeszcze bardziej irytowało przemokniętą publiczność.

Max Verstappen

Najbardziej w tym wszystkim nie boli sam fakt “przerwania wyścigu”. Bolesny jest brak wzięcia odpowiedzialności przez Michaela Masiego w podbramkowej sytuacji. Kibice na trybunach już o godzinie 16-16:30 doskonale wiedzieli, że nie ma szans na rozegranie wyścigu. Mimo to organizatorzy dawali wszystkim złudną nadzieję, zamiast pozwolić rozejść się o w miarę przyzwoitej godzinie. Niesmaczny jest również sam fakt przeprowadzenia “wyścigu”, tylko po to, żeby sponsorzy i telewizje były zadowolone, żeby można było wręczyć punkty i pucharki, a kibicom nie trzeba oddawać pieniędzy. To po prostu pokazuje, w jak żenujący sposób można traktować własnego odbiorcę, który nawet mimo tego pozostanie wierny dyscyplinie.

GP Belgii – ostateczny werdykt

Cały weekend mogę przyrównać do wizyty w porządnej, wręcz luksusowej restauracji, do której klient wchodzi głodny jak wilk. Zamawiając przystawkę, zupę oraz danie główne, otrzymuje dwa pierwsze, które prezentują najwyższy możliwy poziom. Mimo wszystko jak każdy, czeka na danie główne, które ma gwarantować najlepsze doznania. Kelner jednak nie przychodzi, klient czeka i czeka. Wreszcie przychodzi posiłek, jednak na talerzu znajduje się sam sos, gdyż nic innego nie udało się przygotować. Mimo to kelner serwuje danie uśmiechnięty, życząc smacznego i zostawiając cały rachunek. Niby nie jest źle, przystawką i zupą również można się najeść, ale w środku pozostaje niedosyt i uczucie braku spełnienia oczekiwań.

Arthur Leclerc

Ostatecznie, mimo wielu kłopotów, które mogły przysłonić mi cały wyjazd, to jestem niezmiernie szczęśliwy, że mogłem przeżyć GP Belgii na własnej skórze. Świetny piątek i wybitna sobota nigdy w pełni nie zrekompensują nieudanej niedzieli, jednak wciąż zachowają się jako dobre wspomnienia w mojej pamięci. Sama możliwość zobaczenia bolidów z bliska, uczucie prędkości i kibicowanie w tłumie ludzi, to wszystko jest warte wydania zaoszczędzonych pieniędzy. Mam tylko nadzieję, że nie zostanę nosicielem jakiejś klątwy, gdyż w przyszłym roku znów pojechałbym na Grand Prix. Tym razem zamówię jednak pogodę i pełnowymiarowy wyścig. Obiecuję.

Fot. @jcob.ols