SSC Tuatara

Hennessey o kontrowersjach wokół Tuatary: „Coś takiego się nie zdarza”

Atmosfera wokół rekordów prędkości nieustannie się zagęszcza. Do dyskusji o SSC Tuatarze dołączył bowiem sam John Hennessey.

Temat SSC Tuatary nie przygasa, a sam amerykański hipersamochód nie chce dać nam spokoju. Czy to nagłym pojawieniem się rekordowego przejazdu przebijającego barierę 500 km/h, czy to późniejsze doniesienia o sprzeczności danych. Ostatecznie na ten moment temat zatrzymał się na przyznaniu się do winy przez założyciela, Jeroda Shelby’ego. Amerykanin zaświadczył przy tym, że jego samochód powtórzy próbę przejazdu w celu rozwiania wszelkich wątpliwości. Wydawać by się mogło, że cała sytuacja powinna przycichnąć do kolejnych przejazdów. Jak to jednak mawia pewien znany polski influencer: „nic bardziej mylnego”. Do dyskusji wkroczył bowiem nie kto inny, jak John Hennessey, jeden z głównych uczestników motoryzacyjnego wyścigu zbrojeń. Teksańczyk w podcaście DRIVE On dobitnie zarzucił swojemu konkurentowi niepoważność przy aspekcie bicia rekordów.

Hennessey

Poważni faceci nie pojawiają się tylko na drodze, autostradzie czy Bonneville. Następnie nie wrzucają tak po prostu jeden testowy sprzęt i kamerę innego gościa i mówią: „No cóż, mamy plik, ale nie możemy wam go pokazać, zgubiliśmy wideo. Ale uwierzcie nam, jechaliśmy 400 mil na godzinę”. To kompletny bezsens.

John Hennessey

Hennessey przyznał również, że samo pobicie rekordu za pierwszym przejazdem od razu powinno zapalić nam czerwoną lampkę. Zdaniem Amerykanina takich wyników nie osiąga się od razu, tym bardziej przy tak znaczącym przebiciu poprzedniego rekordu. John stwierdził, że po prostu “coś takiego się nie zdarza”.

SSC Tuatara

Nie sądzę, by ktokolwiek po prostu pojawił się na autostradzie Ehra Lessien czy Bonneville, a na swojej pierwszej lub drugiej próbie stwierdził – pobiliśmy rekord o 50 mil na godzinę! Nie zdarza się to w lekkoatletyce, koszykówce czy piłce nożnej, a tym bardziej nie zdarza się w świecie szybkiej jazdy.

John Hennessey

Najbardziej komicznym, ale i zarazem smutnym aspektem tego tematu jest to, że SSC nie jest przecież byle jaką firmą. Ci sami ludzie ponad dekadę temu przebili przecież Veyrona, odbierając z rąk Bugatti rekord Guinnessa. W takiej sytuacji nieścisłości pomiarowe nie powinny mieć miejsca. SSC zrzuca odpowiedzialność za błędy telemetrii na firmę Dewetron, która to przyznała, że nikt z jej personelu nie był na miejscu, by odpowiednio skalibrować aparaturę. Do tego amerykanie twierdzą, że nagranie nie jest w pełni zgodne z rzeczywistością co do prędkości przejazdu. To by oznaczało, że przy całym przedsięwzięciu w trakcie którego wynajęto nawet myśliwca, SSC prawdopodobnie zdecydowało się na użycie jakiejś taniej i niesprawdzonej kamerki.

SSC Tuatara

Biorąc to wszystko do kupy, cała sytuacja po prostu śmierdzi. Coraz głośniejsze są opinie, jakoby to cała afera z nieprawdziwym rekordem miała po prostu wywołać szum medialny. W duchu zasady „nie ważnie jak mówią, ważnie żeby mówili”, bo przecież „psy szczekają, a karawana idzie dalej”. W końcu w wypadku kiedy SSC ostatecznie ustanowi rekord, to właśnie o nim po latach będzie się mówiło. Aspekt kontrowersyjnej pierwszej próby zostanie wówczas jedynie ciekawostką dodającą do całej historii odrobiny pikanterii. Jeśli zatem cała afera wokół nieszczęsnego rekordu miała tylko nakręcić popularność, trzeba oddać Amerykanom, że akurat to im się udało. Mimo tego nawet w takich sytuacjach warto im kibicować, bo sama Tuatara jest po prostu genialnym samochodem.

Foto. materiały prasowe producentów